„Panny z Wesela. Siostry Mikołajczykówny i ich świat”, Monika Śliwińska – RECENZJA

Opasła książka Moniki Śliwińskiej przenosi nas w realia Młodej Polski. Wchodzimy w środowisko krakowskie, między poetów i malarzy, aby za chwilę przekroczyć progi polskich dworków i zajrzeć pod wiejskie strzechy.

Herstoria z „Wesela”?

Kluczem do książki mają być biografie sióstr z Bronowic Małych: Anny, Marii i Jadwigi Mikołajczyk. Niby mają się „Panny z Wesela” zaliczać do herstorii, czyli koncentrować na perspektywie kobiecej, a pomijane dotychczas losy kobiet stawiać w centrum opowieści. Ale czy faktycznie tak jest? Chyba nie. Wydźwięk feministyczny jest tu niestety ledwie słyszalny, a mężczyźni znowu zdominowali snutą opowieść. Wzór jej konstruowania nie został wcale przełamany. Przypuszczam, że stało się tak nie dlatego, że autorka straciła swój cel z pola widzenia, ale dlatego, że brakowało jej gliny, z której mogła ulepić taką historię.

Monika Śliwińska świetnie pracuje ze źródłami, dzięki czemu jej praca wydaje się bardzo kompletna. Korzysta z ocalałych listów, artykułów prasowych, książek, dzienników, wspomnień potomków swoich bohaterów. Tak oczywiście powinien wyglądać warsztat biografki. Problem polega na tym, że o ile jest tych materiałów mnóstwo, większość koncentruje się na znanych postaciach, a nie ich partnerkach. Trudno, żeby było inaczej.

Życie mieszkańców wsi nie miało prawa przetrwać w pamięci w taki sam sposób, jak to mieszczańskie czy szlacheckie. Niewiele jest zapisanych opowieści o tym, jak wyglądała codzienność chłopów, a jeśli już, są to wyłącznie kadry stworzone przez przyjezdnych. Oczywiście da się z nich wiele wyczytać, ale na pewno nie tyle, żeby napisać liczącą ponad 600 stron biografię kilku wiejskich dziewczyn – nawet tak nietypowych jak Mikołajczykówny. Więc chociaż Monika Śliwińska zrobiła, co mogła, czytałam raczej o panach, a nie o pannach z „Wesela”.

Za to czytało mi się o nich nadzwyczaj dobrze. O Włodzimierzu Tetmajerze, Lucjanie Rydlu, Ludwiku de Laveux, Stanisławie Wyspiańskim. Książka okazała się znakomitym szkicem Krakowa przełomu XIX i XX wieku.

Skandale i ploteczki

Ale wróćmy jeszcze do kobiet. Bo jednak to one miały być w tej historii ważne, nawet jeśli nie do końca wysunęły się na pierwszy plan. Związki znanych artystów z chłopkami budziły ogromne emocje. Były obiektami plotek i niewybrednych komentarzy, interesowały postronnych bardziej niż powinny. Przyczyny były dwie: celebrycki, jakbyśmy dziś powiedzieli, status Tetmajera i Rydla oraz „Wesele” Wyspiańskiego, którego prapremiera miała miejsce ledwie cztery miesiące po prawdziwym weselu Lucjana Rydla i Jadwigi Mikołajczyk.

Autor słynnego dramatu korzystał z rzeczywistości pełnymi garściami. Był gościem na uroczystości swego przyjaciela, opisywał więc to, co widział pod bronowicką strzechą. Rzecz jasna wypowiedział się w „Weselu” na temat naszej narodowej kondycji, ale wcale nie krył się z tym, że utrwalił w nim prawdziwe osoby. Dziś w „Weselu” widzimy ważny symbol, doceniamy jego głębsze znaczenie, pochylamy się nad krytycznym zmysłem jego autora i celnością, z jaką wypunktował przywary i problemy Polaków. Ale w 1901 roku nie sposób było nie myśleć o pierwowzorach bohaterów dramatu. I nie każdemu było to na rękę.

Po premierze sztuki Jadwidze, czyli Pannie Młodej z „Wesela”, musiało być ciężko. Padały na nią złośliwe spojrzenia, do jej uszu docierały przykre słowa. Wyspiański, kreując jej postać, znacznie odszedł od oryginału, z czego sprawę zdawać sobie mogli jedynie jej bliscy. Zamiast skromnej dziewczyny, umieścił w swoim dziele postać pewną siebie, mało wyrafinowaną, „ordynarną”, jak pisano. A i bez tego łatwo nie było. Niskie pochodzenie i brak obycia napędzały krytykę: „Lucio jest względem niej jakby wysoką górą, na której szczyt ona nie wejdzie nigdy, absolutnie nigdy i może się tylko przechadzać po niskich zboczach tejże”. Sprawie nie pomagało też podejście samego męża. Rydel miał skłonność do strojenia żony w drogie stroje ludowe, które na ulicach Krakowa budziły wręcz sensację, a do tego o ich uczuciu pisał obszernie w swoich wierszach. W konsekwencji uwaga ogółu była cały czas skierowana na ich prywatność.

Trzeba jednak przyznać, że Lucjana Rydla i Jadwigę Rydlową łączyło prawdziwe uczucie. Podobnie było u Tetmajerów – Włodzimierz i Anna byli szczęśliwą parą, nawet jeśli ich związek dojrzewał w cieniu zarzutu o infantylną chłopomanię malarza. Być może po prostu takie były prawa tamtych czasów. Podziały klasowe brały górę nad wrażliwością i determinowały ówczesny dyskurs.

To nie wróci więcej

A co z pozostałymi siostrami? Maria jest tylko bladym duchem tego tekstu, za to Anna to już bardziej pełnokrwista postać. Widać to szczególnie pod koniec książki, gdy autorka opisuje jej losy po śmierci męża. W ostatnich rozdziałach „Panien z Wesela” towarzyszymy Tetmajerównie w tułaczce, na którą skazała ją II wojna światowa. Wywózka na Sybir, podążanie za Armią Andersa, kilka lat spędzonych w Indiach – to wszystko wydaje się nieprawdopodobne, gdy przed oczami mamy prostą kobietę wychowaną na galicyjskiej prowincji.

Człowiek dobrze zna historię, ale dopiero zderzenie ze szczegółami uzmysławia mu jej ciężar. Monika Śliwińska ma rację, gdy każe nam wypatrzeć oczami wyobraźni zdobiony i sfatygowany kaftan Anny na statku pełnym uchodźców. Ten niewielki detal niesie w sobie ogrom znaczeń i wyraża więcej niż setki słów. Starsza już kobiecina wraca do bronowickiej chaty po latach wygnania. Dociera do niej nocą: wygrana, bo żywa, przegrana, bo doświadczona śmiercią bliskich i cierpieniem. Trudno przestać o niej myśleć po zamknięciu książki.

„Panny z Wesela” są nie tylko biografią znanych artystów czy analizą młodopolskiego towarzystwa. To zapis końca pewnej ery. Czasów społeczeństwa klasowego, pisania liścików, chadzania na podwieczorki do znajomych z towarzystwa, pokazywania się w teatrze i przejmowania się mezaliansami. To także koniec wiejskich tradycji, pijania wódki w karczmie prowadzonej przez Żyda, bielenia ścian ultramaryną, liczenia zamożności w morgach. Dwie wojny bezpowrotnie zamknęły ten rozdział i zmieniły niemal wszystko. Czasami na lepsze, czasami na gorsze. Niezależnie od naszego stosunku do epoki, jedno jest pewne – Monika Śliwińska jest po niej świetną przewodniczką.

Śliwińska Monika, Panny z „Wesela”. Siostry Mikołajczykówny i ich świat, Wydawnictwo Literackie 2020

Panny z Wesela

Przeczytaj również:

Brak komentarzy

Skomentuj