„Księga nocnych kobiet”, Marlon James – RECENZJA

Jamajka, XIX wiek. Świat dzieli linia wyznaczona przez kolor skóry. Podział, brutalny i ostry, kreuje rzeczywistość, która mogłaby być tropikalnym rajem, a jest bezbrzeżnym piekłem.

Karaibskie pandemonium

Kolonia to miejsce specyficzne. Obowiązują w niej prawa oparte na przemocy i bezwzględnej dominacji. Biali żyją w majątkach utrzymywanych siłą czarnych mięśni, rozkwitających za sprawą czarnego potu użyźniającego ziemię. I dzięki kapiącym wraz z nim kroplom czerwonej krwi, uwalnianym za sprawą spadającego z hukiem bata. W kolonii massa, czyli biały pan, zatraca się w roli despoty. Może sobie w niej na wszystko pozwolić, zapomnieć o jakikolwiek regułach albo stworzyć własne. Wolno mu bezkarnie zabijać, gwałcić, znęcać się i upokarzać oraz ulegać najmroczniejszym popędom. Może i je na porcelanowej zastawie, urządza bale, otacza się książkami i ubiera się na europejską modłę, ale nie musi już pamiętać o ogładzie nabytej na Starym Kontynencie. Tutaj jest kompletnie bezkarny.

Właśnie taki świat, widziany zielonymi oczami niewolnicy, poznajemy w „Księdze nocnych kobiet”. Lilit rodzi się i dojrzewa w majątku Montpellier, na plantacji, na której czarnym nadaje się imiona zaczerpnięte prosto z greckiej mitologii. Ot, taki erudycyjny kaprys białych. Lilit musi uczyć się pokory już od najmłodszych lat. Kolor jej oczu jasno wskazuje na pochodzenie, a rodząca się w okresie dojrzewania świadomość własnej odmienności utrudnia przyjmowanie lekcji uległości. Jej buntownicza natura doprowadza w wyniku pewnych zdarzeń do odtrącenia przez innych niewolników i skazuje na życie na podwójnym marginesie.

Dziewczyna nie jest bohaterską postacią. Nie jest nawet sympatyczna. Nie można jej polubić, nie zawsze da się ją zrozumieć. Chociaż jest w centrum książki, przynosi czytelnikowi wiele rozczarowań i nie realizuje jego oczekiwań. To ciekawe zagranie i być może dzięki niemu autor jeszcze wyraźniej pokazuje pozbawioną złudzeń zwierzęcość kolonijnych realiów.

Paleta szarości

Marlon James wychodzi poza ramy oczywistego podziału na świat białych i czarnych. Z jednej strony mocno podkreśla jego istnienie, z drugiej tworzy postacie, które wymykają się banalnemu kontrastowi. Udaje mu się zrobić to inteligentnie, bo nie sięga po schemat typu „dobry po złej stronie” (i na odwrót), ale buduje znacznie bardziej skomplikowane struktury charakterów. Nawet jeśli któryś z jego bohaterów robi coś dobrego dla opozycyjnej strony, wcale nie czyni go to od razu szlachetniejszym, ani tym bardziej niczego mu nie ułatwia. Nie da się po prostu opuścić swojego miejsca, nie można zadośćuczynić gestem, zmazać nim innych swoich grzechów. Nie istnieje bilans, w którym jedno postępowanie wymazuje inne, nie ma wagi, na której szalach można mierzyć moralność. Podobnie jest z nienawiścią. Jej stężenie prowadzi do zbrodni, ale nie musi pozbawiać współczucia. Tak samo okazane względy mogą gdzie indziej wykluczać, ale również prowadzić do wewnętrznego konfliktu toczącego się w człowieku. W „Księdze nocnych kobiet” można dostrzegać to na różnych płaszczyznach i planach. Najwyraźniej w głównym wątku, w którym pojawia się uczucie, ale także w tych pobocznych, kiedy w grę wchodzą kwestie pochodzenia i wspólnej krwi.

Księga nocnych kobiet

Powyższe nie tyczy się oczywiście wszystkich. Ciągle pozostajemy w kole przemocy, antytez i przeciwstawnych interesów. I w nim ponownie znajdujemy ciekawych ludzi. Zwłaszcza tytułowe nocne kobiety, które tworzą tajemniczy krąg spiskowców. Flirtujące ze światem groźnych mocy, zdeterminowane, rozpędzone siłą doznanych krzywd. A jeszcze do tego barwne, bo jest wśród nich i apodyktyczna starucha, i jednooka kobieta ze sztyletami i karlica w słomkowym kapeluszu. To właśnie one zainteresują się Lilit jako jedyne wśród czarnych niewolników i będą ją przeciągać na swoją stronę. To one staną się jedną z granic jej rzeczywistości.

Inną kobietę nocy dostrzegam w pannie Isobel, kreolce francuskiego pochodzenia, która trafia do majątku Montpellier jako dama serca jego właściciela. Jest to postać antypatyczna i okrutna, ale ma w sobie pierwiastek niezależności, który również jest zbroją. Los tej postaci także zwiąże się z Lilit i wyznaczy drugi biegun jej świata. Tak samo przerysowany, pokręcony i komplikujący uczucia, a do tego uczący, że zemsta nie ma w sobie za wiele słodyczy.

Muszę przy tym nadmienić, że w tej książce mężczyźni mogą sobie być panami, batowymi, dzierżyć władzę, gwałcić i bić (zarówno czarni jak i biali), ale nie grają pierwszych skrzypiec. Nie drzemie w nich ogrom takiej determinacji i świadomości, jak w kobietach. Niestety, summa summarum, to oni ostają się na pogorzelisku wypalonym przez przeciwną płeć. Smutne to, prawdziwe i nienachalnie zaznaczone, ale jednak wymownie umiejscowione między wierszami.

Otwórz oczy i słuchaj

Marlon James stawia na dialekt. W ten sposób kołysze nas w zupełnie innym rytmie niż literatura, do której przywykliśmy. Język zniewolonej Jamajki ujawnia charyzmatyczną drapieżność, odrzuca normy i ma w sobie zawadiacką moc. Jest silny, obrazowy i złożony z krótkich zdań. Dosadnie oddaje zdarzenia, nie cacka się, uderza w samo sedno. I tu należy się ukłon w stronę tłumacza, który nie zgubił jego roli z pola widzenia. Styl Jamesa jest specyficzny i takie wrażenie odniosłam już przy „Krótkiej historii siedmiu zabójstw”. Zdania są dźwięczne, szczególnie dialogi. To proza, którą się słyszy, która ciąży ku mowie. Czy czyta się ją przez to łatwiej? Nie. Żadnej z tych książek nie czytałam rozpędzona. W każdej chciałam coś obciąć, skrócić, wyrzucić. Mimo że się nich nie zakochałam, zainteresowały mnie, zarówno pod kątem stylu, jak i ich wartości faktograficznej.

„Księga nocnych kobiet” to brutalna opowieść o nienawiści, sadyzmie, miłości i tożsamości. Jednocześnie jest to lekcja historii Jamajki – kolejna udzielona przez nagrodzonego Bookerem autora.

Marlon James, Księga nocnych kobiet, Wydawnictwo Literackie 2017, tłumaczenie: Robert Sudół
Książka na stronie wydawcy.

Przeczytaj również:

Brak komentarzy

Skomentuj